Jak się uczę francuskiego


Postanowiłam napisać ten post, żeby podzielić się z Wami, jak wygląda nauka języka obcego od drugiej strony, kiedy to lektor uczy się jakiegoś języka. Mały spoiler: nie stosuję żadnych magicznych sztuczek, uczę się francuskiego trochę analogowo.

DLACZEGO FRANCUSKI?
Francuski to moje marzenie. To język, który podoba mi się brzmieniowo, kojarzy mi się z dobrą literaturą, kinem, sztuką oraz kuchnią. Nie znam żadnego języka romańskiego, dlatego myślałam o francuskim również pod kątem poszerzenia swojej wiedzy na temat struktury języków. Nauka francuskiego miała być czasem dla mnie – czasem, kiedy się rozwijam, ale też odpoczywam.

JAK WYBIERAŁAM ZAJĘCIA
Lektor, u którego chciałam się uczyć, mieszka w Warszawie i, jak się okazało, nie prowadzi zajęć online. A ponieważ zależało mi trochę na socjalizacji, postanowiłam zapisać się na zajęcia grupowe. Zaczęłam szukać, pytać znajomych. Ostatecznie zapisałam się na kurs do miejsca, które specjalizuje się na językach romańskich. Kurs był dla osób na poziomie A0, składał się z 15 zajęć po 1,5h, na zajęcia przychodziło z reguły od 5 do 7 osób.

Jakoś tak się złożyło, że po 6 zajęcia zrezygnowałam z kursu. Nie będę teraz narzekać, skarżyć się, źle wypowiadać się o miejscu, gdzie się uczyłam. Wychodząc z pierwszych zajęć czułam pewien niesmak, brakowało mi flow, na które – nie ukrywam – liczyłam ze strony lektora. Do tego wydawało mi się, że uczę się rzeczy, które zupełnie nie są potrzebne osobie na poziomie zerowym. Kiedy po szóstych zajęciach wyszłam rozpłakana, skonsultowałam sprawę ze swoimi kolegami i koleżankami po fachu i zrozumiałam, że to nie moje widzimisię, podjęłam decyzję o rezygnacji z kursu.

Później miałam dwa miesiące przerwy. Trochę nie chciało mi się znowu brać się za francuski. Ale w styczniu zaczęłam szukać lektora już do zajęć indywidualnych.

JAK SZUKAŁAM LEKTORA
Nie miałam konkretnych rekomendacji, po prostu wpisałam w Google “język francuski poznań” i zaczęłam przeglądać ogłoszenia na kilku wszystkim znanych stronach z lektorami.

Zależało mi, żeby osoba, u której będę się uczyć, miała wykształcenie profilowe (była po studiach) oraz żeby uczyła na co dzień, nie dorywczo. Patrzyłam również na doświadczenie oraz na język ogłoszenia. Moją uwagę zwróciło ogłoszenie, które było napisane “normalnie” (bez obiecywań sukcesów) i miało link do strony internetowej. Była to tylko strona-wizytówka, ale uwierzcie – wygląda to o wiele profesjonalniej niż tylko ogłoszenie na portalu.

Skontaktowałam się z lektorką, bez problemu udało nam się ustalić termin zajęć. Ponieważ obie jesteśmy z tej samej branży i znamy ból “godziny 16:00 albo 17:00”, kiedy to większość uczniów chce mieć zajęcia, znaleźliśmy godzinę, która w naszej branży jest godziną martwą – 12:30. O tej porze rzadko kto może mieć zajęcia. Więc w czwartki po porannym bloku własnych zajęć udaję się po poznańskie Jeżyce na lekcję francuskiego.

ILE GODZIN POŚWIĘCAM NA NAUKĘ
W tygodniu jestem w stanie przyznaczyć na francuski od 3 do 4 godzin, z czego to:
1h – lekcja z lektorem
o,5 – 1h – odrobienie zadania domowego
1 – 2h – moje “robótki” z francuskim, które sobie wymyślam.

Przypomnę, że nauka francuskiego to czas dla mnie, nie chcę pędzić, próbować opanować ogromne ilości słownictwa, zdaję sobie sprawę, że długo czasu mi zajmie nauka, zanim zacznę bez problemu czytać Balzaca albo oglądać filmy Xaviera Dolana. Chcę po prostu móc poradzić sobie w codziennej sytuacji, która może mi się zdarzyć w kawiarni, w muzeum, na ulicy, w aptece czy w barze.

Moje minimum nauki w domu to odrobienie zadania domowego. Dalej – zależy od czasu, mojej fantazji i humoru. Tworzę dialogi, ale takie, do których wycinam coś z magazynów. Opisuję znane osoby, które też “wycinam” z gazet. Wycinanie i wklejanie mnie relaksuje, a na dodatek to wszystko jakoś ładniej wygląda. Przepisuję wyrazy grzecznościowe do zeszytu i trochę bawię się w kaligrafię – umieszczam te wyrazy w ramki. Tak też jest ładniej. Ogólnie nie oszczędzam się i dużo piszę, przepisuję – wierzę, że przez taką pracę zapamiętam więcej.

Co do oglądania, to czasem włączam “Peppę Pig” po francusku. Jeden odcinek puszczam 3-4 razy. Miałam dopiero 7 lekcji z nowym lektorem, wyzerowałyśmy moją poprzednią naukę, nie liczę więc, że zaraz zacznę wszystko rozumieć. Oglądam i słucham, żeby wyłapać poszczególne wyrazy czy też zwroty, które już znam. Z polecenia zaczęłam oglądać serial dla uczących się francuskiego “Extra”.

Podczas pobytu w Paryżu udałam się do księgarni, żeby kupić książki dla dzieci, takie gdzie dużo obrazków i mało tekstu. Kupiłam też kilka magazynów, a na pchlim targu znalazłam “Charlie Hebdo” z 1972. Ale to już na później.

Obecnie mam problem z czytaniem – ciężko mi idzie zapamiętywanie tych przeróżnych połączeń i zestawień. A zależy mi na czytaniu, dlatego biorę te swoje książki dla dzieci, biorę kartkę, na której są wypisane różne połączenia liter, i czytam na głos. Tak, w mojej ulubionej poznańskiej “Roślince” też czytam na głos, ale po cichu.

Będąc we Francji starałam się używać francuskiego w sytuacjach, kiedy trzeba było coś zamówić albo kupić: kupiłam sobie po francusku bilet to Muzeum d’Orsay i audioprzewodnik w języku rosyjskim, zamawiałam kawę, kupowałam rano pieczywo w piekarni i kawę na wynos. Mój francuski był “tak dobry”, że Pan pracujący w szatni Muzeum Rodina zaprosił mnie do kawiarni “Pouchkine” na miodownik (ros. медовик)! Zwykły podryw, ale byłam w stanie “dotrzymać towarzystwa”.

W metrze i na ulicach analizowałam napisy na plakatach. Jesteśmy w stanie naprawdę dużo zrozumieć z samej morfologii języka! Przypomnijcie chociażby “Глокую куздру”.

W sumie, to tyle co mogę powiedzieć o mojej nauce francuskiego:) Żadnych magicznych sztuczek, prawda?